Wydawca-Producent: Capcom Gatunek: Platformówka 3D Info: Memory Card - 340 KB, Analog Ilość płyt: 1
::: Maximo: Ghosts To Glory :::
| W połowie lat osiemdziesiątych firma Capcom znana z
takich gier jak 1942, Commando czy Gunsmoke wydaje swój nowy, jak się później okazuje
bardzo dobry tytuł Ghost's 'n Goblins. Gra jest scroolowaną platformówką i utrzymana
jest w średniowiecznych klimatach fantasy. Ghost'a 'n Goblins szybko staje się hitem i
jej konwersja trafia prawie na wszystkie dostępne wtedy platformy do grania. Rok 1989 -
do moich rąk trafia dyskietka z napisem Ghost's 'n Goblins. Po przejściu kilku
pierwszych poziomów gra wciąga mnie na tyle aby przejść ją od początku do końca
katując ją kilka tygodni. Drugi raz niestety mi się nie udało, bowiem gra jest
cholernie trudna i jej przejście w wielu przypadkach graniczy niemalże z cudem. Od
wydania Ghost's 'n Goblins minęło 17 lat. Po upływie tak długiego czasu panowie z
Capcomu postanawiają wydać wznowienie hitu sprzed lat. Na początku 2002 r. do sklepów
trafia Maximo: Ghosts To Glory. W zapowiedziach Capcom pisał, że gra w dużym stopniu będzie
przypominać stare, dobre Ghost's 'n Goblins i nie będzie od niego wcale odbiegać
grywalnością i poziomem trudności. Ostatnio gra trafiła w moje ręce i miałem okazję
przekonać się czy obietnice producentów się sprawdziły czy też były zwykła ściemą. Głównym bohaterem tej gry jest tytułowy Maximo - dzielny wojownik i władca dużego królestwa. Już na samym początku dowiadujemy się, że został oszukany przez swego doradcę, stracił królestwo, swoją ukochaną i przede wszystkim życie. Na szczęście wchodzi w układ ze śmiercią. Dostaje możliwość powrotu do świata żywych aby dokonać tam zemsty w zamian za zebranie i dostarczenie dusz zmarłych. Przed znalezieniem naszego doradcy-oszusta przyjdzie nam oczywiście ostro namęczyć się z uwolnieniem czterech czarodziejek. Droga do ich uwolnienia nie jest raczej krótka i usłana różami, a raczej długa, kręta i usłana trupami. Gra składa się z 5 dużych krain, z których każda dzieli się na 4 etapy i końcową walkę z bossem. Początkowo przyjdzie nam przemierzyć krainę zmarłych, stare cmentarzysko, w którym zgniłe ciała wychodzą spod ziemi, a trupy wydostają się z trumien. Dalej klimat zmienia się trochę oferując coraz to ciekawsze obszary - min. lodowa kraina, bagna i średniowieczny zamek. Po przejściu wszystkich poziomów z danej krainy przychodzi nam za każdym razem pokonać jej władcę więziącego jedną z czarodziejek. Zazwyczaj jest to dosyć komiczna postać, która przewyższa nas kilka razy wzrostem i wygląda conajmniej śmiesznie. Zawsze podczas walki z bossem są największe jaja bowiem wyglądają oni naprawdę jajcarsko. Wyobraźcie sobie wielkiego, "złego" pirata, z hakiem zamiast ręki i drewnianą nogą. Jest 3 razy większy od naszej postaci, porusza się jak ślimak i śmieje się jak debil. Nawet nasza postać na początku delikatnie nabija się z jego kalectwa. Oprócz ciekawie zaprojektowanych bossów gra oferuje także masę wspaniałych wrogów, którzy uprzykrzają nam życie. Każda kraina ma swoich specyficznych wrogów, którzy nie różnią się tylko wyglądem, ale szybkością, zręcznością i wieloma innymi cechami. Podczas krucjaty możesz nauczyć się również kilkudziesięciu dodatkowych zdolności i czarów. Każde z nich mają na celu ułatwić Ci w jakiś sposób przebrnięcie przez hordy głupawych przeciwników. Podczas gry w Maximo zaobserwowałem jedną ważną rzecz. Gra nie jest może specjalnie długa, ale za to jest bardzo trudna w konfrontacji z innymi platformówkami dostępnymi na rynku. Właśnie dlatego myślę, że jest to gra skierowana do starszej grupy odbiorców. Bywały często momenty gdy sam trudziłem się powtarzając kilkadziesiąt razy jedną planszę. Kto widział mnie wtedy może potwierdzić, że było ze mną naprawdę źle bowiem gra doprowadzała mnie do szału. Tym razem nie skończyło się tylko na latającym po pokoju padzie - latało coś więcej... Nie będę zdradzał szczegółów, bo jeszcze znajdą się zwolennicy mojego sposobu rozładowywania nerwów. Zapomniałem dodać o jednej ważnej rzeczy otóż gra ma bardzo oldschoolowy charakter. Mimo, że cała gra toczy się w interaktywnym świecie 3D to wszystko ograniczone jest z góry ustaloną ścieżką. W sumie nie można uznać tego za wadę tej gry. Znajdą się napewno zwolennicy tego systemu. Gra dzięki temu wolna jest od zbędnego błądzenia, staje się w ten sposób bardziej odmóżdżona - dzięki czemu w pewnym sensie prosta i przyjemna (w końcu myślenie to chyba boli , no nie?). Maximo to bez wątpienia jajcarski horror. Przeciwnicy wyglądają jak ruchome karykatury - mają wielkie głowy, poruszają się jak paralici, a główny bohater popierdala w samych gatkach kiedy straci swoją zbroję. Oprócz owłosionej pupy naszego bohatera i jego.... miecza pośmiać się możemy również z niektórych sytuacji. Wyobraźcie sobie, że idzie w stronę zamkniętej skrzyni, co by to opróżnić ją z kryjących się tam skarbów, aż tu nagle wyskakuje z niej karyplowaty czarodziej i jednym ruchem swojej różdżki zamienia was w starego dziadka. Zaczynacie wtedy wciskać wszystkie przyciski, a nasz emeryt kaszle, albo zaczyna skarżyć się na ból kręgosłupa. Widzicie to? To jest właśnie humor Maximo. Coś a la gagi grupy Monty Pythona (kto nie oglądał Świętego Grala albo Żywota Braiana niech zasuwa do wypożyczalni!). Obraz gry generowany przez konsolę prezentuje się całkiem fajnie. Grafika stoi naprawdę na wysokim poziomie. Może poziomem detali nie jest to jeszcze Jak&Daxter, a ogólnie grafika oddziaływuje na grającego bardzo pozytywnie. Tak samo wygląda sprawa z muzyką. Kawałki, które lecą w tle nie drażnią ucha, a raczej uprzyjemniają rozgrywkę. Momentami można odnieść wrażenie, że Maximo utrzymuje podobny styl do genialnego (moim zdaniem) MediEvil na PSXa. Już po raz kolejny Capcom udowodnił nam, że programowanie na PS2 nie jest już dla nich żadnym problemem. Świadczy o tym choćby utrzymanie 100% płynności animacji - gra nie zwalnia ani na moment - non stop 60 kl/s. Spytacie pewnie jak jest dokładnie z grywalnością? Powiem prosto - jest ok, ale bez rewelacji. Owszem gra przez pewien czas wciąga na kilka godzin i gramy w nią bez opamiętania, ale po tych kilku godzinach staje się na tyle nużąca, że odechciewa nam się grać. Oczywiście po pewnym czasie znów wraca ochota na grę, choćby po to aby zobaczyć wszystkich bossów i pośmiać się z biegającego w galotach Maximo. Polecam.
|
|
|||||||