::: Uśmiech Bolka :::
Piątek, 19:54 Stałem na przystanku na rogu Solidarności i Targowej, na tym w stronę Targówka i Zacisza, a dalej, już za Warszawą w stronę tych różnych strasznych wiosek. Te wioski to jeden z większych jebanych absurdów tego świata. Jebana Kobyłka, jebane Marki, jebany Wołomin. Taki na przykład koleś w garniturze i z zajebiście drogim krawatem, który daje z siebie w centrum i robi kapuchę, taki koleś powie, że to byłby obciach tam mieszkać, a nawet przejechać tamtędy jadąc na wakacje. No ja rozumiem, że obciach, ale z drugiej strony ten sam koleś pewnie czasem sra po gaciach, kiedy te nazwy mu przychodzą do łba. Wyobrażam sobie, że idzie ze swoją wypindrzoną laską do jakiegoś lokalu, żeby wypić ze dwa drinki z parasoleczkami na odświeżenie po pracy, ale nie może się wyluzować. Tamte nazwy kołaczą mu się gdzieś, "jak spędziłaś dzień? szefowa nie jest już taka ostra? wołomin. kobyłka. tak, dzisiaj znalazłem bez problemu miejsce do parkowania. marki. kobyłka. ale chciałbym ją dzisiaj przelecieć, marki, kobyłka, wołomin", byle jaki dym, a on już ma pot na skroniach. Nie twierdzę, że sam bym nie panikował. Chodzi mi o stereotyp. Koleś się boi, że to będzie siedmiu kurwa wspaniałych z Wołomina i rozpierdolą wszystko razem z nim i jego laską, wszystko po kolei: bar, wszystkie drinki się zmarnują, potem stoliki, potem lampy i tak dalej, a na końcu w tym całym pobojowisku zostanie on i jego laska. Nie twierdzę, że tak nie może być. Sam mam to zafiksowane w głowie, że siedmiu z Wołomina nie jest czymś przyjemnym. Ale chodzi mi o stereotyp i o to, że ten facet pod krawatem ma strach w oczach. Tego biedaka może równie dobrze pieprznąć siedmiu z Żoliborza, dwunastu z Ursynowa albo trzech na gigancie z Zielonej Góry. Ma strach w oczach, a to mi mówi, że do niego mogłoby się przypieprzyć za ten strach dwóch z byle kąd. Świat stałby się bezpieczniejszy dla ludzi po krawatami i innych frajerów, gdyby nie mieli w oczach tego pierdolonego świra. Wyłożyłem kiedyś taką filozofię na boisku i kumple spytali się, jakie facet ma wyjście. Pokazałem im mój uśmiech. Czarny wyskoczył, że za taki uśmiech on by stawiał pod ścianą, ale ja jak widać żyję. Więc myślę, że lepszy mój uśmiech niż pierdolec w oczach. Łomotało mi z tyłu głowy. Godzinkę wcześniej byłem u Wezyra w jego mieszkaniu, które tak strasznie przypomina chlew. Wezyr jest strasznie dumny z siebie, że ma swój własny pokój, a matka mieszka w jednym z dwiema siostrami. Nie dziwię się ani jego staruszce, ani jego siorkom, bo mieszkać z takim pojebanym zboczeńcem nie byłoby bezpieczne dla psychicznego zdrowia. Walnąłem proszek siedząc na wersalce Wezyra i modląc się, żeby pod narzutą nie było jego spermy. Stresująca ta jego kanciapa. Wezyr ma zajoba nie tylko na punkcie swojego naprawdę małego, ale i siedzi w komputerach. Spieprzył mi nieraz dobry humor - pokazywał jakieś zdjęciówy z młotkami, z dziećmi i z psami, a ja wtedy musiałem się ostro kontrolować, żeby nie dowalić w głupi ryj. Dzisiaj były dwie wiadomości, dobra i zła. Dobra - Wezyr miał zwalony monitor i nie pokazywał mi tamtego gówna. Zła wiadomość - zapłaciłem mu za poprzedniego grama i jeszcze dokupiłem sporo siuwaksa, co pewnie przyśpieszy naprawę najlepszego kumpla Wezyra czyli monitora. Walnąłem trochę jego promocyjnego proszku, poszedłem do łazienki, umyłem ręce (pod tą narzutą mogło być naprawdę od chuja różnego paskudztwa) i nie poparłem dotąd choćby dwoma piwami. Byłem na czystym proszku. Na czystym proszku muszę się pilnować, żeby nie zapomnieć uśmiechu. Czułem w tym miejscu, gdzie głowa styka mi się z szyją i tworzy taki rowek, jakby mi coś galopowało, jakieś grube, twarde i suche paluchy. Znam kolesia, który mi to robi. Znaczy on nie istnieje naprawdę, tylko przychodzi wtedy i napieprza mnie w to... słowo... potylicę. Ma cholernie inteligentną twarz, ale jakąś taką pokiereszowaną. Pyta się mnie, a ja go słyszę raz w jednym, raz w drugim uchu, "Bolek, dobrze ci, kurwa?". Gdyby nie ta jego twarz, od której można dostać dreszczy, myślałbym że to mój personal anioł stróż. Nie mogę przetrawić myśli, że mój anioł stróż mnie nie lubi i się tak paskudnie krzywo i złośliwie uśmiecha... Ludzie, ci dookoła mnie na przystanku - była ich cała masa, ale to taki specjalny typ ludzi, więc na upartego zawsze można wydzielić z nich jakichś obcych. Dlatego obcy się tu nie pojawiają. Wiedzą, że nie pasowaliby do ludzi, którzy wychodzą z tramwaju i biegną tutaj po pasach, idą na ten mój przystanek, a częściej pomykają prosto na dworzec i do elektryczki. Ten tłumek, który się tu gromadzi, to sól tej ziemi. Najprawdziwszy lud pracujący, obijający się albo taki, co jedzie do śródmieścia i ma zawsze ten sam tekst, powiedzmy na dwa głosy. Artur, który jeszcze w podstawówce był niezłym kujonem, i w ogóle jest trochę bardziej oczytany ode mnie, Pabla i Czarnego, powiedział mi kiedyś, że to się nazywa kanon. Niech mu będzie. Oto kanon pod tytułem "O dwóch takich, co niby nie wiedzieli, co tak naprawdę robić": A. Słuchaj, stary, potrzebujemy dwie dychy do wina. Artur by mi powiedział, że to schizo rozłożone na dwóch, ale to jest genialna praktyka. Pacjent A udaje dobrego wujka, pacjent B robi za psychopatę. Jeśli spotkasz taki trik na Krakowskim Przedmieściu, to pewnie nie będzie tylko A i B, ale jeszcze z pięciu statystów, żeby był lepszy FX. Pacjent A wygląda na lidera, pacjent B na pobudzonego prochami i takiego, którego nie można utrzymać na smyczy. Dobry wujek lider daje ci znać, że nie może za tamtego odpowiadać. Psychol cię popchnie, żebyś sobie nie myślał. Dobry wujek zaostrza trochę, bo daje znać, że za chwilę tamten eksploduje i ty będziesz miał kłopoty, na przykład z nerkami, i oni będą mieli kłopoty - pokazuje na statystów, którzy udają wystrachanych psycholem. Nie myśl sobie, że bierze cię na litość, chyba że na litość dla ciebie samego. Być może psychol nie zajebie cię na dość ruchliwej ulicy, ale tak czy siak pozbędziesz się swojej kapusty. Od ciebie zależy z jaką kolekcją popchnięć i z jaką ilością strachu w żołądku. Taki rodzaj strachu nie jest niczym przyjemnym, podobno śmierdzi i nie ma w tym przesady. Znam brachola kolegi, gówniarza, który przez ten strach trzymał się za brzuch przez tydzień. Nie żeby mu dojebali. Poskręcało mu ciutkę kiszki. Takie twarze najłatwiej rozpoznać. A reszta? Znam na przykład tamtą babkę, pracuje na chujowej małej poczcie i ma męża, co robi w glazurze, tapetach i takich tam innych. Kobieta nie ma nawet trzydziestki, a wygląda jak moja matka. Nie chcę obrażać mojej matki, ale ona z kolei wygląda jak swoja własna babka. Wiem, że to prowadzi do absurdu. Trzydziestoletnia kobieta, która ma niby wyglądać na sto parę lat. Chodzi mi o jej zainteresowanie swoją własną twarzą. Dajmy na to w procentach. Alicja, którą bardzo lubię, a ona lubi mnie, co nie spodobałoby się Olafowi, ma zainteresowanie dla swojej twarzy, co sięga jakichś 98,5 procenta. Śmieszne jest to, że Olaf ma zainteresowanie dla swojego zapachu dobrze powyżej setki i goli pachy. Jeszcze dzisiaj pewnie będę musiał wąchać smród jego przedpokoju, miks pięciu różnych dezodorantów. Alicja ma dwa, skubane zajebiście na niej pachną, zwłaszcza jeśli się dobrze wtuli w nią nos... A kobieta z poczty? Rozumiem, że dużo się rozchodzi o hajsówę. Hajs jest ważny, bo nie każdy sobie może pozwolić na coś lepszego. Pracuje na poczcie, mało zarabia. Ale jej mąż to nie jest jakiś tam nędzarz. Ja bym swojej kupował coś raz na miesiąc, bo by mi na tym zależało. I w tym sęk. Jebanemu glazurnikowi nie zależy, bo sobie myśli, że jak żona mu będzie lepiej wyglądać, to klienci będą lizać znaczki i myśleć o jej cipce, albo wsadzać w ten otwór w szybie. Dlatego ma na codzień takie Boże-pomiłuj. Nie zależy mu? Jego kurwa strata. Poczułem się nagle przeraźliwie samotny. Nie chodzi mi o pierdolenie, że nie mam nikogo. Mam chociażby Alicję, póki tępy Olaf się nie domyśli. Poczułem się samotny, bo zostawił mnie mój anioł stróż i zostałem na przystanku sam ze sobą. Czułem, że nadchodzi zejście, a wtedy najłatwiej zapomnieć uśmiech. Powiał wiatr i przywiał syfny zapach z bazarku. Od razu skojarzył mi się ze strachem. Samotny, kurwa. Czemu nikt nie dzwoni? Jak tak długo nikt nie dzwoni, naprawdę można się poczuć, że ludzie o tobie zapomnieli i już nie jesteś potrzebny. Przestąpiłem z nogi na nogę, co często mi się zdarza, jak tracę równowagę. Pieprzona komórka, pewnie wyczerpały się baterie. Wyjąłem i sprawdziłem, ale działała. Właśnie teraz chętnie z powrotem znalazłbym się u Wezyra i nawet przymknął oko na te jego porozwalane po pokoju brudne ciuchy, spermę i dzieci z psami. Drugi raz proszek, to było to, czego mi było trzeba. Miałem w kieszeni ze trzy gramy siuwaksa i parę buchów pewnie też by mnie uspokoiło, ale nie mogłem przecież zajarać na przystanku na rogu Targowej i Solidarności. W paranoję wpędza mnie ten skurwysyn, który tam stoi, jakieś dziesięć kroków ode mnie. Jest ubrany tak, jakby się chciał dołączyć do klubu dwóch głosów czyli kanonu. Nie żebym się bał chuja, ale w tym stanie, co teraz, nie trzeba mi dużo do paranoi. Zapominam uśmiech. Koleś ścisnął sobie nochala i wypuścił na chodnik zwisającą melę. Gdybym tylko mógł mieć na niego jakiegoś haka, zaraz by się zrobił malutki i przypomniałbym sobie uśmiech. Dresik, taa, spodnie ze zwykłego materiału, takie jakie noszą ruskie handlary ze stadionu. Burak. Adaśki na nogach, a bliżej podeszwy wyglądają jak obsrane. Pomyłka w obserwacjach, drodzy państwo, gostek pewnie przerzuca gnój przez osiem godzin po dwa złote za godzinę. Nie uważam się za kogoś ważnego, ale muszę komuś dopierdolić w myślach, kiedy łapie mnie zejście, paranoja przychodzi w goście i rozwala się na kanapie, a ja, mały biedny Bolek, jak nic częstuję ją domowym ciastem. Wieśniacki fryz, żel już zdążył wyparować. Wieśniackie oczy, nie tępe, tylko jakieś takie krowie. I ja pierdolę, co za szczęście, koleś ma chyba garba, jakby przez cały swój jebany żywot nie robił nic innego, tylko nosił na belce wiadra z wodą. Mam na ciebie haka, koleżko, a hak ten nazywa się Sara. Uśmiechnąłem się moim uśmiechem, a tamten odwrócił oczy. Sara to mój najlepszy pomysł. Nie byłem w szkole dobry z charakterystyki bohatera, ale Sara pchnęła moją wyobraźnię bardzo w górę. Byłem na dole Warszawy tam gdzie płynie Wisła. Najarałem się. Wiem, Siekierki. Na Siekierki przyjechali całym stadem rumuni, chuj ich wie po co. Siedziałem z Czarnym i Arturem na skarpie i jaraliśmy resztkę siuwaksa od Wezyra. To były zeszłe wakacje, najlepsi dilerzy uderzyli w trasę, na Mazury, a nam został Wezyr, potykanie się o jego ciuchy i jego ówczesny siuwaks, który przypomina chińską zieloną herbatkę. Świeciło zajebiście przyjemne słońce, przyjemne, bo nie paliło, było na niebie od groma obłoczków, co zapowiadało fajną sesję. I jeszcze wiał wiaterek. Leżeliśmy już fajnie upaleni i niemrawo gadaliśmy, że lipiec ma w nazwie coś miłego, a sierpień kojarzy się już jakoś zimniej. Wiaterek chłodził nam czoła i odwiewał ciotkę paranoję. Niósł zielony szelest. Ale zaraz przywiał też jakieś głosy i zapach, coś jak ten zapach z bazarku, ale ze dwa beauforty intensywniejszy - zapach niemytego tyłka i odparzonych jajec. To byli rumuni, którzy pojawili się znikąd i szli dołem pod skarpą. Ja pierdolę, szły rumunki w tych swoich chustach i prawie wszystkie z brzuchami. Obok jednej szło to coś. Artur mruknął "pies" i patrzyłem na psa. Nie mogłem uwierzyć. Artur powiedział "pies" po raz drugi. Czarny też patrzył i mówi "mały koń, kucyk". To mi dało nowe spojrzenie i mogłem obejrzeć sobie historię kucyka, wzruszającą fabułę. Pewnie każdy z nas miał na temat kucyka inną małą bajkę. Kucyk, zanim zostało koniem, było chyba kiedyś człowiekiem, póki nie pokręciło mu wszystkich kości. Teraz chodziło na czworakach i miało kolana w drugą stronę. Moją fabułę otwiera sekwencja (pytałem się Artura o terminy), jak to coś jest małym kajtkiem i jest normalne, ale musi dla hajsu odmrażać sobie kości na Nowym Świecie. Najpierw odmraża sobie jedno kolano. Wujek Georgu patrzy na kolano i mówi: - Zajebiście, Sara, to kolano to klucz do twojej świetlanej przyszłości. Patrzy na kolano i się jednak krzywi. - Ale to jeszcze nie to. Wujek Popescu ci je poprawi i będziesz majstersztyk. Będziesz idealna. I wujek Popescu bierze małą Sarę na swoje zdrowe kolana (bo sam całe dnie odsypia kaca) i ŁUP! - Zarobimy na tym spory hajs, Sara. Będziesz mogła sobie kupować co trzeci dzień Big Maca i fryty. Takie kolano to cud. Twoi rodzice są z ciebie dumni. Mama ma łzy wzruszenia. Tata się drapie po jajcach. A mała Sara też patrzy na swoje nowe super kolano w drugą stronę. Nigdy o czymś takim nawet nie marzyła. Teraz skaczemy i jest napis "rok później". Mała Sara ma rok więcej i odmraża sobie drugie kolano. Tamto pierwsze nie było takie znowu idealne. Prawdę mówiąc było chujowe i Sara mogła sobie kupować fryty raz na dwa tygodnie. Na szczęście Bóg miłosierny czuwał nad Sarą i odmroził jej drugie kolano, kiedy siedziała i napieprzała "pinć złotych, proszę". Mała Sara nie czekała na wujka Popescu, tylko sama się wzięła ŁUP i już. Ma oba kolana w drugą stronę. Myśli, że teraz jest naprawdę zajebistym małym rumunem, z którego wszyscy są dumni. Może już klęczeć w drugą stronę. Potem jest napis "dwadzieścia lat później" i duża Sara patrzy na swoje koleżanki, że mają bachory, albo brzuchy, albo za chwilę będą miały brzuchy. A ona umie tylko chodzić na czworakach, klęczeć w drugą stronę, jest psem albo jebanym kucykiem. Kto by się chciał pieprzyć z kucykiem, choćby umiał taką sztuczkę, żeby klęczeć w drugą stronę? Takie było przesłanie mojej fabuły. Artur powiedział mi, że jest kiepawa, chamska i za bardzo fragmentaryczna. Zapamiętałem to słowo, bo Artur mi je powtarzał z pięć razy. Poza tym Artur czepiał się, że przesłanie jest płytkie, czym mnie obraził, bo ja sam się wzruszyłem moją fabułą. Ostatni zarzut Artura - mózgowca, że podchodzę do sprawy z akademickim chłodem, i że byłbym reżyserem - skurwysynem, który nie lubi swoich bohaterów. Nie wiem, czy to prawda. Może i tak, bo później dopisałem sobie drugie zakończenie. Rumuni oddają Sarę do zoo, gdzie na wybiegu zostaje stratowana przez prawdziwe koniki i umiera. Samych rumunów czeka straszna śmierć. Do ich kartonowego osiedla dociera tornado, wysysa i wypuszcza dopiero na Antarktydzie, gdzie wszyscy odmrażają sobie kolana, a później zadziobują ich pingwiny. Stwierdziłem, że jeden jebany absurd tego świata, czyli konik człapiący u boku rumunki, musi pociągać za sobą inne absurdy. Inaczej widz pomyśli sobie, że człowiek idący na czworakach jest czymś normalnym, i będzie miał to bardzo głęboko w dupie. Garbus - czyli dres z jabłkiem Adama w drugą stronę, jak sobie wyobraziłem - zaczął pociągać nosem, jakby nie miał chustki żeby się wysmarkać. Nie jestem pewny, ale zrobił się taki nerwowy chyba jak zobaczył autobus. Tu na Targowej autobusy tracą ładnych parę minut, żeby się przecisnąć. Jak chcesz zobaczyć prawdziwy korek, to tutaj. Prawdziwe drogowe chamstwo, żeby przetrwać, to też tutaj. Wtedy zjawił się znowu mój anioł stróż i trzepnął mnie po obu uszach. Nagle zaczęły mnie piec i na pewno były bardzo czerwone. Komórka czekała sobie spokojnie i nie chciała się odezwać - jakże potrzebowałem tego klienta. Wieczór bez klienta zawsze zalicza się do tych, co można se o kutasa potłuc. Zegar pokazał temperaturę i było szesnaście stopni, a ja mógłbym przysiąc, że jest dziesięć, szczęku szczęku zębami. Dwudziesta zero dwie. Ludziska z przystanku, których uzbierał się już nielichy tłum, zaczęli operację "kto wejdzie pierwszy, a kto będzie ściskał twarzą drzwi". Dużo z nich wysiądzie koło Targówka, sporo koło McDonalda, a do pętli dojadą tylko te nieliczne ofiary losu, które mieszkają na Zaciszu, ekstrawaganza, i dziwnym trafem nie mają samochodu. Jak Artur, który jest niepojętym pojebanym przypadkiem nie wiadomo czego. Starzy jego mają kapuchę, chcieli wysłać go na płatne studia, a ten poczesany fiutek powiedział, że woli sam se układać życie. Tak je sobie ułożył, że teraz zapierdala w jakimś obskurnym pubie. Jakbym miał jego starych, docisnąłbym ich maksymalnie i nie musiałbym odmrażać dupy na przystankach i sprzedawać chłamu, najtańszych modeli. Dla przyjemności robiłbym większe transakcje. Nie za sześć i nie za dziesięć baniek. Dla własnego zadowolenia załatwiałbym ważnym kolesiom piękne srebrne cacka z czarnymi lufami za trzy patyki. Garbus ustawia się na końcu kolejki. Wygląda, jakby nie miał wcale zamiaru wsiadać. Stałem się nagle jakiś taki podejrzliwy, bo zauważyłem, że tamten gapi się na moją znajomą, sto-trzy-letnią babkę z poczty. Napalony lizacz znaczków? Teraz gapi się na dwie czterdziestoletnie w grubych żakietach i z fryzami, co mówią wszystko: cześć, jesteśmy Alina i Wiesława, Urząd Skarbowy Warszawa-Praga, zabawimy się? A teraz na dwóch starych pierdzieli, którzy wyglądają, jakby od dziesięciu lat nie mieli w ręku więcej niż dwa złote. Jesionki z postawionymi kołnierzami, dziwne trzewiki z kokardami ze sznurowadeł. Dwóch chlorów, którzy wypili za dużo ze trzydzieści lat temu i się przenieśli w czasie. Musieli być nieźle zadziwieni, jak się obudzili. Starszy - siwa szopa z kołtunów, młodszy - czarna czupryna jak u diabła, i patrzy na garbusa tak jakoś dziwacznie, tak jakby "zrób to, chłopcze". A garbus upatrzył sobie Alinę. A ja musiałem zamknąć oczy, bo zejście nadchodzi niemiłosiernie i wciska mnie w chodnik. Bolesławie Śmiały Chrobry Krzywousty, ocknij się i obserwuj garbatego chuja! Teraz już wiem, że Alina może spać spokojna, bo łajza stoi tuż za Wiesławą. Torebka Wiesławy jest naprawdę bajerancka, czarna, z wielkimi pozłacanymi klamrami. Czy nie wiesz, Wiesławo, że łajza właśnie zabujała się w twojej sakwie i ma ochotę na małą penetrację sam na sam? Nie, Wiesława omawia z Aliną ceny makaronu w Auchanie. Makaron dobra rzecz, tania i pożywna, Wiesławo, ale jeszcze chwila, a twoje kajtki nie będą jeść nawet tego. Do następnej wypłaty będziesz wtryniała karaluchy, jeśli dadzą ci się złapać. Na głodniaka maleje koncentracja. A może na odwrót? Czuję, że mój anioł stróż przejął się losem jej i jej kajtków, bo pcha mnie w stronę sytuacji, chociaż ja sam wcale nie chcę się mieszać. To mój autobus, ale wolę przeczekać ten tłok. Stróż pcha moje nogi i jestem coraz bliżej sytuacji, tej z poczty, chlorów, garbusa i dwóch beznadziejnie przeciętnych fryzur. Mam w dupie, nie chcę. Nie chcę, żeby w razie czego psy wzięły mnie za wzorowego obywatela - świadka w sprawie "Wiesława kontra garbus". Świadek koronny. Takiemu podobno nic się nie może stać. "Świadek Bolesław Walczyński, czy w zamian za wieczne wakacje na Bahamach świadek zgodzi się opowiedzieć przebieg zdarzeń feralnego dnia?" - Jasne, wysoki sądzie. Stałem na przystanku. Marzłem. Miałem kompletną pustkę w głowie, wie wysoki sąd, jak zawsze, jak człowiek wraca do domu po ciężkim dniu. Ale mogłem obserwować dokładnie i zauważyłem... - Kogo świadek zauważył? - Oskarżonego. Oskarżony wyglądał na bardzo głodnego i nawet przejąłem się trochę jego losem, tak z wyglądu. Miałem w plecaku kanapkę i już chciałem podejść i dać ją nieborakowi, kiedy... - Kiedy co? - A ma świadek dziewczynę? BUM, otwieram oczy. Uszy mnie palą, a ja stoję na końcu malejącej kolejki, bo ludziska już powoli zapełniają pięćset dwunastkę. Stoję tuż za garbusem, strasznie kurwa skoncentrowanym, napiętym, jak lwy na National Geografic. Ja nic nie robię, ale mój anioł stróż wyciąga swoją obleśną żylastą łapę i... ...klepię go ramię. Jezu, jak podskoczył. Obraca się i pokazuje mi swoją mordę, krowie oczy, przekrwione jak u kaczora z kreskówki. Wiesława wchodzi do autobusu. Przez dobrą chwilę on stoi przede mną, gotowy zabić mnie swoim garbem, a ja mam ochotę zatłuc mojego anioła stróża. Za co? Za niewinność. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to mój uśmiech. I uśmiecham się. - I co świadek zrobił? [Radek] |