::: Anioły :::


Istnieją. Przychodzą i odchodzą. Objawiają swoją postać przez parę chwil. Ulotność ich niewidzialnych skrzydeł tłumiona jest ziemską miłością, smutkiem i cielesną powłoką. Białe anioły są kobietami. Czarne anioły roją się w moim mózgu.

Wyobraźnia pracuje trzy razy szybciej i poczułem duchowe powinowactwo z Alicją z Krainy Czarów. Patrzę bezrozumnie na rozsypany po regale nieznajomy proszek. Głowa opada mi niemrawo w dół. Cała ślina odpłynęła z ust i czuję wielkie Morze Martwe - słony smak warg i suchość podniebienia. Zamknąłem oczy, wraz z nimi kłódka zatrzasnęła się na połowie świadomości. Przestała mnie obchodzić wizualność małego, dawno nie wietrzonego pokoju.

Napięte ciało odbiera głębię zawieszonych przy ziemi wibracji. Powtarzający się rytm bezdusznej perkusji, ramiona wprawione w ledwo wyczuwalny trans. Domyślam się, co znaczy prawdziwa psychodelia, odlot na miarę końca wieku. Bum bum, bum bum bum, bum, bum, bum bum. Ciepłota spłynęła z pleców w ogromny puszysty fotel. Odrzuciłem do tyłu głowę. Mikser zza ściany imituje nieudolnie helikopter, techno zmieniło rytm na dużo wolniejszy. Głos umierającego androida powtarza "flying" w przewidywalnych co do setnej sekundy odstępach. Syntezator generuje niebezpieczne wiry.

Wpadłem w precyzyjną pułapkę, wnętrze czaszki kręci się jak zapamiętany z dzieciństwa bączek. Wciskam kościste pośladki mocno w siedzenie i kurczowo łapię się zimnymi dłońmi poręczy. Łeb zwisa już całkiem bezwładnie, a ja za ciężką zasłoną powiek widzę, że spadam w próżnię bez spadochronu.

Nie mogę złapać tchu. Otwarte szeroko usta. Paranoja poszła bawić się moimi zwiędłymi krtańmi. Nie mam kropli wilgoci żeby przepłukać gardło. Czuję się jak płoć wyciągnięta z jeziora, chcąca za wszelką cenę powiedzieć rybakowi, by wypuścił ją z powrotem.

To spotkanie z Anną wśród drzew pokrytych wczesną wiosną... Czekałem na nią siedząc na ławce, wpatrzony i wsłuchany w otoczenie. Armia seledynowych pączków zaatakowała burą korę od podstaw do najodleglejszych gałęzi. Rosnące tu i ówdzie jodły kłóciły się z białymi i szczupłymi brzozami. Park zdawał się być drobną namiastką oazy. Kaczki, które nie uciekały stąd przed zimą, na swój sposób dostojnie paradowały między palikami czerwonych śmietników. Krzewiaste otoczenie czarnych alejek chroniło przed zabieganymi ulicami małe ptaki nieśmiało próbujące głosów i psy ganiające po trawnikach. Uwolniony od lodowych kajdan staw napełniał powietrze mieszaniną zapachów, przebudzonym życiem i zgniłym spokojem. Starałem się usilnie zbudować w sobie więzy sympatii dla rosy, kwiatów i traw, choć mój umysł dawno temu został zdeprawowany przez miasto. Najmocniej jak tylko potrafiłem, wyobrażałem sobie, że jestem pniem zmienionym przez niewprawne ręce w omszałą łódeczkę. Płynąłem przez zamgloną rzekę. Szuwary rozstępowały się, kłaniały przed moim upadłym majestatem. Wiosła wpadły do wody i uciekły w przeciwnym do nurtu kierunku. Na piaszczystym brzegu stała przygnębiona kobieta podobna do mojej matki.

A później... Nie szliśmy ramię w ramię, przytuleni albo objęci jak dawniej. Anna uciekała przed moimi rękami i chowała twarz za zasłoną ciemnych włosów. Chciałem jej wytłumaczyć, powiedzieć, przeprosić, ale resztki alkoholu odstręczały zmysły nawet od rzeczy najważniejszych. Nie potrafiłem znaleźć nic na swoje usprawiedliwienie. Wciągnąłem mocno powietrze. Płuca zamiast wypełnić się beztroską i przyjemnym chłodem zadrżały od bólu. Mijane wózki, maszerujące w spokoju małżeństwa i odgłosy sunących nie wiadomo gdzie samochodów były tylko odległymi cieniami przesuwającymi się bez echa między moimi skroniami.

Zaszklone źrenice wędrowały po rozwianych kosmykach lecących cały czas dwa metry przede mną. Nie mogłem dostrzec wyrazu jej twarzy. Pamięć odszukała na chwilę wizerunek bladych policzków przykrytych niezdrowym rumieńcem. Niebieskie oczy otoczone ledwo widocznym makijażem patrzyły przenikliwie albo rzucały zabójcze ogniki. Często jej wzrok uciekał na drugi koniec świata i zasnuwała go wtedy nieodgadniona mgła. Uniesione wymodelowane brwi tworzyły na pokrytym delikatną skórą czole gęstą przestrzeń cienkich zmarszczek. Wywinięte blade wargi wędrowały w lewo i prawo, jakby nudziła im się wieczna symetria oblicza i kłopotliwe sąsiedztwo ostrego nosa.

I biegliśmy tak krok za krokiem, przemierzając w milczeniu cienistą przestrzeń. Drzewa przerzedziły się. Ścieżka skończyła się i dalej ciągnęła się szeroka aleja. Głowy obtłuczonych rzeźb symbolizujących ideały sztuki pokryte były białą skorupą gołębich odchodów. Ze świeżo pomalowanych ławek spoglądały smutno martwe oczy starych ludzi. Granat jej płaszcza, czerń sztruksów i skórzanych butów przebijały z furkotem powietrze i odbierały naszym ciałom intymną bliskość. Chciałem, by moje palce głaskały wnętrze jej uszu, lecz w tamtej chwili nie potrafiłem wyciągnąć dłoni z ciepłej kieszeni.

Przypomniałem sobie ten wieczór, kiedy nasze spojrzenia spotkały się na chwilę ponad podniesionymi głosami przyjaciół. Zielone i brązowe butelki stały w równym rządku w kącie koło drzwi, w powietrzu unosił się słodkawy zapach skrętów. Siedzieliśmy na tapczanie Tomka, oparci o szarą ścianę i przechodzący przez wszystko dym. Jej paznokcie pomalowane na błękitny odcień ocierały się o kostki mojej lewej dłoni. Palce prawej nieznacznymi ruchami przeczesywały kosmyki jej lekko falujących od mojego oddechu włosów. Nozdrza zamykały się nam i otwierały wolno, z cichym świstem. Zaszyta gdzieś między nielicznymi meblami mało widoczna lampa rozświetlała sufit i przydawała naszym głowom pomarańczowe otoczki. Ze starych głośników cicho płynęła bujająca muzyka. Czarnoskóra wokalistka nuciła niskim głosem o niespełnionych żądzach. Patrzyliśmy na siedzących obok ludzi bez krztyny zrozumienia dla ich słów. Poczułem pod startymi opuszkami jednostajne pulsowanie krwi w jej skroniach. Wyszedłem na chwilę, podtrzymywany przez wzorzystą tapetę przedpokoju, a kiedy wróciłem, jej już nie było.

Park się skończył i ogromny plac - grobowiec poraził mnie bezmyślną próżnią. Szklany hotel kusił nieokreśloną temperaturą i przytulnością, teatr przygniatał wielkością. Płomień znicza chwiał się i lizał w napięciu powietrze. Nieruchome twarze młodych żołnierzy dręczone były przez zimny wiatr wiejący od strony Starówki. Niebo otworzyło lukę błękitu, ale choćbym chciał znaleźć się w tym pięknym prześwicie, mogłem jedynie cieszyć oczy jego widokiem. Anna stanęła. Odwróciła się i bez słowa spojrzała na mnie. Jej twarz świeciła pustką, pozbawiona wyrazu, tajemniczości, kobiecej mistyfikacji, które tak dobrze pamiętałem z ciemnych lokali z głośną muzyką. Twarde drewniane stołki nie przeszkadzały, kiedy patrzyłem w napięciu na żarzący się w odległości dziesięciu centymetrów od jej ust popiół. Jej oczy przymykały się wtedy z poetycką delikatnością zwierząt. Teraz zwężone, nie wyrażały nic.

- Może gdzieś usiądziemy - chrapliwy zgrzyt wydobył się z mojego gardła.

Fontanna pozbawiona była życiodajnej cieczy. Nagie dno i otwarte bez sensu usta syren, wysuszone źródło miłości. Ona i ja. Nie mieliśmy szans i czasu. Zegar słoneczny w obliczu gnających niebem chmur pozostawał nieżywy, zatrzymał się i trwał w zawieszeniu. Przycupnąłem na betonowym obramowaniu i schowałem czoło w dłoniach. Podniosłem głowę i patrzyłem na jej usta w oczekiwaniu na choć jedno słowo. Utkwiła źrenice w najdalszym zakątku duszy, spuściła lekko oczy. Jej palce wykonywały dziwny taniec, złączone u nasad. Przygryzłem wargi i kierowałem do niej w myślach ciepłe słowa przeprosin. Nieoczekiwanie spojrzała na mnie płaczliwie. Schyliła się i musnęła wilgotnymi ustami mój zimny policzek.

- Mam dosyć - szepnęła szybko.

Pogrążona w czymś na kształt zadumy, wyprzedzająca zawsze innych o parę myśli, świadoma wyższości. Garść pierwiastków chemicznych, w które Ktoś tchnął duszę i energię. Patrzyłem w rozrywającym ciało na strzępy milczeniu, jak mała granatowa istota odlatuje w szarą przestrzeń ulic.

Szedłem między ławkami pijany od niemego żalu. Krzaki straciły tajemniczy urok i stały się wyłącznie kupą zmarzniętego chrustu. Stado gołębi podniosło się do lotu, zdradziecko wydane miastu. Drzewa się skończyły i pozostawiły alejki ich ziemistej nagości. Sprzątacze w zielonych kamizelkach stali na trawniku i zbierali do worków plastikowe butelki i psie kupy. Stary tramwaj zastukał gołymi kołami po wyślizganych szynach. Zacieniona brama zdawała się być pozbawionym neonów wejściem do nienawistnego świata cywilizacji. Wyszedł z niej zmęczony, nieogolony mężczyzna ze sflaczałym papierosem w ustach i uśmiechnął się nikle. Ze ścian wyzierały koślawe litery nieudanego grafiti. Moje kroki odbiły się suchym echem pod wilgotnym sufitem. Niewysokie dziurawe schody zazgrzytały ostrzegawczo żwirem. Znalazłem się na placu przypominającym wielką przeładunkową rampę, gdzie co minutę przypływają i odpływają niezliczone ciżby ludzkie. Ratusz był żałośnie brzydki.

Sparaliżowany strachem chłopiec z dużym niemodnym tornistrem na plecach wił się uwięziony w białych pasach między wyjącymi klaksonami i błyskającymi reflektorami. Współczułem mu i nienawidziłem za to, że kiedyś byłem tak podobny do niego. Przeszedłem nie patrząc na boki na drugą stronę ulicy. Zatrąbił samochód. Wielka ciężarówka zajechała drogę rozdzwonionej 15-tce. Oglądałem to bez zainteresowania właściwego gapiom. Stąpałem ciężko wzdłuż szeregu kolorowych witryn sklepów. Oferowały drukowane na lśniącym papierze złudzenia, ciastka i obuwie. W oddali za szybami siedziały w blasku jarzeniówek ekspedientki, zamyślone, śmiejące się albo zapraszające klientów pytającym wzrokiem. Pod rozłożystą wierzbą naprzeciwko wystaw schroniła się śniada dziewczynka przyuczana od niemowlęctwa do żebraczego gestu. Koło niej stała młoda kobieta w podartej kurtałce sprzedająca sznurowadła. Wydało mi się, że w tym pędzącym tłumie dawno temu powinny zostać stratowane i poniesione daleko energiczną falą. Dziewczynka utkwiła zawzięcie czarne oczy w brudnym spoiwie chodnika. Obracałem przez chwilę niewielkie monety w kieszeni kurtki, ale odwróciłem ze wstydliwym bólem głowę i poszedłem w stronę wyrastającego ponad plac wieżowca.

Automatyczne drzwi otworzyły się bezszelestnie i moim oczom ukazała się cybernetyczna rzeczywistość pustego holu. Srebrzysta blacha i mieniąca się barwami fontanna szemrały i rzucały blaski, choć nikt nie zwracał na nie uwagi. Kartonowy kelner zapraszał do nieskażonej zapachami restauracji, ale był martwy jak twarze ludzi na ruchomych schodach. Moje stopy w zetknięciu z wypolerowanymi, pilnowanymi przez szklane oczy kamer marmurami nie zakłócały wtłaczającej się w uszy ciszy. Ubrani w czarne swetry strażnicy byli pochłonięci stłumioną rozmową o szczęściu na loterii i obserwowaniem szczelnie zamkniętych kabin szybkobieżnych wind. Z jednej z nich wyszedł szybko mężczyzna w czarnym długim płaszczu z szyfrową teczką w ręce. Zatrzymał się na chwilę, zapalił długiego papierosa ze złotym filtrem i zniknął w ciemnym wnętrzu ceglanej klatki schodowej. Z innej windy wysypało się pięcioro urzędników. Rozmawiali ściszonymi głosami, nie szurali butami i niemal nie oddychali. Bez żadnych odgłosów weszli do małego kantorka.

Rozsunęły się kolejne drzwi i oślepiający blask słońca padł na moje czoło. Dziura między chmurami rzuciła w ciężką atmosferę placu sznur świetlnych korali, który rozerwał skondensowane powietrze. Zamknąłem na chwilę przekrwione oczy. Autobus zabrał porcję zmęczonych mężczyzn i kobiet mieszkających po drugiej stronie mostu, ale w mgnieniu oka przystanek zapełnił się na nowo. Pod czerwonym dachem stały wtłoczone w jednakowe brunatne płaszcze plotkujące kobiety. Włosy jednej z nich przypominały gąbkę nasączoną świeżą krwią. Na ławce siedział ubrany w dres i czarną skórę młody brunet. W dłoni trzymał otwartą puszkę drogiego piwa i łapczywie chłeptał żółty trunek. Prawą rękę opierał na barku jasnowłosej dziewczyny w niebieskich dżinsach, wpatrzonej w niego oczami pełnymi beznadziejnej miłości.

Stanąłem przy bocznej ściance wiaty. Plakat przedstawiał muskuły i zmącone głupim uśmiechem usta pięciu macho, nowego produktu ze śmietnika popkultury. Po drugiej stronie ulicy dymiący komin wydzielał z taniego baru smród spalonego oleju i smażonych kurczaków. Idący prosto przed siebie przechodnie w zimowych kurtkach wyglądali jak rozrzucone przez burzę kolory zgaszonej tęczy. Zrobiło się ciepło i wiatr na moment ucichł.

Z zapchanego barwną blachą skrzyżowania wjechał w zatokę wypełniony po brzegi mały żółty autobus i zatrzymał się piszcząc wnętrznościami. Tłum wysypał się ze środka i zderzył z innym, czatującym przed drzwiami. Rozpychającym się łokciom towarzyszyły skierowane w powietrze przekleństwa. Czerwone literki obok smolistych liczb składały się w nazwę jednej z nawiedzonych dzielnic, gdzie noc rzadko witana jest trzeźwym wzrokiem.

Zobaczyłem przed sobą podziobaną przez ospę twarz bruneta. Mężczyzna spojrzał na mnie mętnymi oczami pełnymi bezrozumnej agresji i splunął z namaszczeniem koło moich butów. Cofnąłem się ze zdziwieniem i instynktownie odpowiedziałem mu pogardliwym prychnięciem warg. Brunet wszedł na schodek i obrócił się w moją stronę.

- No co, kurwa... - w jego głosie zabrzmiało tępe wyzwanie. Patrzył na mnie, jakbym miał za chwilę zniknąć. Ja patrzyłem na niego, jakby był egzotycznym okazem z innego świata.

Wsunął rękę pod połę kurtki. Dostrzegłem małe, emitujące metaliczny chłód wybrzuszenie. Zadrżałem i poczułem zniewalający uścisk między żebrami. Nie zorganizowana w słowa modlitwa przeleciała przez moją pustą czaszkę. Nie miałem siły się poruszyć, zahipnotyzowany powolnością jego gestów.

Dziewczyna chwyciła nerwowo ramię faceta i powiedziała cicho "daj spokój". Dłoń wsunęła się z powrotem do kieszeni i wyszła z niej pusta, spocona. Dresiarz zgromił blondynkę spojrzeniem wyrażającym pijacką wściekłość. Obejrzała się na mnie smutno. Pod jej rzęsami pojawiły się małe błyszczące punkciki. Zniknęli oboje w ciemnej czeluści wśród gamy zapachów i rzeszy pasażerów. Drzwi zamknęły się z sykiem. Ludzie stali na przystanku przytwierdzeni do własnych cieni.

Przemogłem się i otworzyłem oczy. Wnętrze pokoju zaskoczyło mnie przerażającą zwyczajnością. Książki, rośliny, kurz. Zdjęcie Anny w kwadratowych czarnych oprawkach stoi na parapecie. Dopiero teraz zauważyłem, że na biurku jest szklanka pełna zimnej, żółtej od starczej słabości herbaty. Wyjątkowy bukiet i aromat, nieprawdaż? Moje wykrzywione, skurczone usta nabierają łyk po łyku wstrętnego napoju. Lekarstwa nigdy nie smakują dobrze.

Znowu zakręciło mi się w głowie. Cicho zjawił się pozbawiony języka Hypnos, zwiastun snu i ciemności. Gdzieś poza tą rzeczywistością błysnął ukryty flesz.

Nieoświetlona staromiejska uliczka przykryta była wdzierającą się do ust gęstą mgłą. Nie musiałem spoglądać na zegarek żeby wiedzieć, że jest najczarniejszy środek nocy i że jedynymi istotami, jakie mogę spotkać, będą cierpiące na bezsenność koty. Szyby w oknach kamienic drżały od przeciągłego wiatru, który wdarł się tutaj od strony zamku i porywał leżące na bruku puszki po coli i gazety. Ważne wiadomości, ogłoszenia i nekrologi sunęły ciurkiem przez kałuże, nasiąkały i zmieniały się powoli w ociekające błotem szmaty.

Szedłem przed siebie bez lęku. Noc pozbawiona cieni, szmerów i błysków nie zawsze jest sprzymierzeńcem podchodzącej do gardła trwogi. Brama z zapalonym, ledwo widocznym numerem za mokrą szybką była zamknięta i wyglądała jak wejście do więziennych lochów. Na parterze zapaliło się światło, ale zanim zdołałem obejrzeć sobie wnętrze czyjegoś mieszkania, zgasło i znowu zapadł nieprzenikniony zmrok.

Powitał mnie opustoszały rynek. Wiatr świstał między sztachetami płotków i ciskał zimnym powietrzem o ściany domów. Blaszane emblematy wiszące nad kamiennymi balustradami bujały się na wszystkie strony. Jedynym odgłosem prócz gwizdu wichury i moich kroków dźwięczących na mokrych kocich łbach było ciche dudnienie. Poszedłem w jego stronę i zobaczyłem pod schodami dębowe drzwiczki, spod których buchał szary opar i ulatywał szybko w noc.

Klamka nie stawiała oporu. W środku sterczała przy drzwiach naga roztrzęsiona żarówka dająca odrobinę światła. Dalej wnętrze piwniczki było ciemne i wilgotne. Poczułem w żołądku miarowe uderzenia potężnego basu i zszedłem po schodach za głosem instynktu, trzymając się drewnianej, lepiącej żywicą poręczy. Ściany przykryte mchem i grzybem fosforyzowały i chwilami rozświetlały mrok fioletowymi odblaskami. Coś musnęło mój nos i dłonie. Niski otwór na końcu korytarza zakrywała gruba kotara.

Odsłoniłem wejście i zostałem oślepiony przez agresywne lampy stroboskopu. Techno poraziło moje uszy wysokim sykiem. Ciało zatoczyło się od suchego brzmienia kotłów. Głębokie wibracje przesuwały jednostajnie powietrze jak wielki tłok i usuwały spod nóg kamienne podłoże. Chwyciłem się w przeszywającym głowę bólu ścian i upadłem. Pod sufitem szalały granatowe cienie.

Dźwięki umilkły i otworzyłem oczy. Zza połyskującej drutami aparatury wolno wyszedł ubrany w czarny chałat android. Złote otwory w metalowej czaszce wypełnione miał zimnym spokojem. Podniósł dłoń. Jego ruchy zaskoczyły mnie dziwną płynnością. Opalizujące palce wykonały gest zaproszenia i wskazały na drzwi przykryte zwiewną prześwitującą firaną. Następny pokój emitował bladozieloną poświatę.

Wszedłem do wysokiego pomieszczenia. Ściany pokryte były szmaragdowymi monitorami, na których przesuwały się bezgłośnie ludzkie sylwetki. Robot pojawił się cicho za moimi plecami. Skierował kroki w stronę dużego pulpitu i chwilę przy nim manipulował. Błyszczące obrazy zniknęły prócz jednego. Przedstawiał małą kuchnię. Zlew wypełniony był stosem talerzy i garnków. Cienkie krótkie firanki chwiały się przy otwartym oknie. Na pierwszym planie bulgotała na wątłym ogniu gęsta zupa. Do kuchni wpadła jasnowłosa dziewczyna w podartej koszuli nocnej. Poznałem jej twarz. W jej oczach malowało się zwierzęce przerażenie. Skuliła się przy kaloryferze. Za nią wszedł brunet w białym podkoszulku z ogromnym skórzanym pasem w ręku. Sprzączka złowrogo błyszczała w blasku prostego żyrandola. Mężczyzna podszedł wolno do blondynki i zasłonił ją przed moim wzrokiem. Nie mogłem oderwać oczu od jego ramion unoszących się i opadających bez najmniejszego dźwięku. Obraz na monitorze zaczął zrywać, wykrzywił postać bruneta do karykaturalnych kształtów i w końcu zgasł.

Android wskazał mi wyjście. Otumaniony, przepłynąłem przez srebrzysty jedwab i stanąłem na środku sali, gdzie wcześniej cienie bawiły się przy morderczym techno. Spuściłem głowę i rozłożyłem ręce.

Z pokoju monitorów wyszedł po chwili mój przewodnik, za nim z dziwnym uśmiechem na ustach kroczyła ubrana w śnieżnobiałą suknię piękna dziewczyna. Spojrzałem na nią w milczeniu. Niebieskie oczy obramowane były grubą kreską czarnej kredki. Usta otworzyły się, cienka powierzchnia języka polizała spieczone wargi. Zęby zaświeciły fioletowym blaskiem. Dziewczyna wzięła moją dłoń, przyciągnęła do siebie i położyła na swojej skroni. Była zimna i sucha, bez kropli potu. Pod moimi palcami popłynęła podskórna rwąca rzeka. Włączyły się z łoskotem głośniki. Ściany zaczęły trząść się i huczeć od szybkiej, zwielokrotnionej echem pulsacji jej tętnic. Poczułem, że moje ciało rozbijane jest na miliard cząsteczek.

Obudziłem się potrząsany przez matkę. Piekące gałki oczu poruszały się przez chwilę chaotycznie, aż w końcu wychwyciłem obraz jej ręki. Kaseta się skończyła i pokój wypełniony był brzęczącą ciszą. Dobiegające niemrawo z kuchni dźwięki obracającego się śmigła wentylatora nie zakłócały ogólnego bezgłosu. Na biurku leżał stos martwych papierów.

Zwlekłem się z fotela i wyszedłem chwiejnie do przedpokoju. Lustro pokazało całą prawdę o mnie. Podkrążone oczy i pognieciona twarz. Mógłbym straszyć dzieci sylwetką monstrum doktora Frankensteina. Biel dłoni kontrastowała strasznie z niebieskimi liniami żyłek. Wszedłem do łazienki i napuściłem gorącej wody do umywalki. Zanurzyłem ręce po łokcie i obserwowałem z rozkosznym bólem, jak pokrywają je powoli różowe cętki. Nigdzie nie było żyletek.

Wanna odstraszała brudem i zaschłymi mydlinami na niklowanych ścianach. Odkręciłem prysznic i wziąłem białą rączkę wypuszczającą blade strumienie z zawrotną szybkością. Wsadziłem głowę pod letnią wodę i patrzyłem. Myśli, dobre i złe, ale więcej tych złych, wylatywały z mojego mózgu i spływały z szumem do małego otworu kanalizacyjnego. Niemal widziałem, jak mieszają się ze ściekami z całego miasta i tworzą na powierzchni rzeki śmierdzące plamy.

Poszedłem do kuchni. Zjadłem dwie zimne parówki i przegryzłem je bułką bez masła. Wielkie krople odbijały się głucho o szyby i tworzyły wijące się strumyki. Stanąłem przy oknie i oglądałem zapalające się i gasnące światła bloków.

Dzwonek odezwał się słyszaną od lat melodią. Podszedłem wolno do drzwi. Odemknąłem je z ciężkim westchnieniem. Przymknąłem na bardzo długą chwilę bolące oczy, a kiedy je otworzyłem, zobaczyłem przed sobą zasnute dziwnym uśmiechem usta Anny mokre od deszczu.

[Radek]